Kronika polskiego biura – powojennie

Tekst: Monika Pytkowska

O ile w okresie międzywojennym biuro kipi energią zmian, wypluwając kreatywne pomysły, o tyle po 1945 roku to samo biuro milknie, bez walki poddając się politycznym wpływom. W pewien sposób ewoluuje, lecz znacznie wolniej, na bazie już sprawdzonych zasad.


Pod koniec II wojny światowej i po niej rodzą się dwa dekrety, korelujące z ustawą o służbie cywilnej z poprzedniego okresu. Obdarowują one statusem urzędnika sędziów, prokuratorów, aplikantów, asesorów sądowych oraz pracowników przedsiębiorstw i instytucji państwowych o publiczno-prawnym stosunku służbowym. Bezlitośnie odbierają stabilną posadę, uprawomocniając ideę trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia. Kolejna uchwała z 1949 roku zwalnia Prezesa Rady Ministrów z obowiązku mianowania urzędników, na rzecz zatrudnienia z umową o pracę. Kolejny rok uposaża biuro w – istniejący do dziś – Centralny Instytut Ochrony Pracy, zastępując działającą w okresie międzywojennym i trzy lata po wojnie Wzorcownię Urządzeń BHP. Pierwsza siedziba CIOP to budynki przy warszawskiej Tamce 1.

Ciszą wypełnia się również samo wnętrze biura. Umiejętne przenoszenie zachodnich wzorców i ich adaptacja w czasach międzywojennych, po wojnie równie umiejętnie zmienia się w ślepą fascynację. Zachłyśnięci boomem technologicznym projektanci konstruują fotele, które niczym statki oceaniczne, nabierają aerodynamicznych, opływowych kształtów. Zapatrzeni w lata 30., zakochują się w płynnych liniach krawędzi, zaokrąglonych narożach i słojach forniru. Czasom zadumanego przestoju w Polsce odpowiada bujny rozkwit firm zagranicznych (VITRA, Kinnarps), które to wprowadzają pierwsze seryjne produkcje linii meblowych. Polskie biuro na takie uniwersalne i ogólnodostępne rozwiązania musi poczekać do narodzin struktury prywatnej, a więc około 40 lat.



Nastaje rok 1952, rozpoczyna się PRL – czasy pozornego wzrostu dynamizmu pracy i faktycznego zniechęcenia. Wszystkie grupy zawodowe grzecznie poddają się ideologii politycznej. Pracowników fizycznych czeka wzmożony wysiłek. Nieświadome biuro zapada w leniwy sen. A wszystko pod  niewypowiedzianym głośno hasłem tworzenia państwa totalitarnego.
Pierwsze spojrzenie na obrazek z tytułem „PRL” wywołuje sprzeczne uczucia. Rozkrzyczane współzawodnictwo kłóci się z ospałością urzędnika, jego biurka i całego środowiska pracy. Po głębszym wejrzeniu, okazuje się, że sprzeczność to pozory...

Owo głębsze wejrzenie zaserwowała nam katowicka konferencja z okazji 60-lecia „publicznego wezwania do współzawodnictwa” przez górnika z Zabrza. W świetle naukowych wniosków, wygaśnięcie ruchu w 1956 roku okazuje się wyłącznie przykrywką dla propagujących konkurencję jeszcze w latach 80. „Ludzi Dobrej Roboty”. Głęboko zakorzeniony nurt rzuca długi cień na społeczeństwo pracujące. Tak długi, że dotykając czasów obecnych, rozmywa granicę między uzurpowanym dynamizmem a realną stagnacją. Nie dziwi przecież na wskroś współczesny obrazek biznesmena, w pośpiechu wspinającego się po drabinie kariery, dla prestiżu, dla pieniędzy... byle szybciej. Ten sam jegomość z wielkim hukiem spada w dół, lądując w poczekalni terapeutycznej, wśród tłumów podobnych sobie, z pracoholizmem we krwi. Nie dziwi tym bardziej, że silny fundament takiej postawy buduje PRL.

Szaleństwo rekordu Aleksieja Stachanowa, który podczas swojej zmiany w kopalni Donbasu w 1935 roku, wykonuje 1475% normy, otwiera wyścig. Ponad pięćdziesiąt lat później „Komsomolskaja Prawda” ze skruchą przyznaje, że górnikowi pomagało dwóch anonimowych kolegów, a stanowisko było starannie przygotowane. "Współzawodnictwo pracy – nie tylko w kopalniach – odbywało się w warunkach specjalnych. Dyrekcje zakładów były zobowiązane do wykonywania planów oraz ich przekraczania. (...) Jednocześnie nie przestrzegano przepisów bezpieczeństwa, na przykład po eksplozji materiałów wybuchowych (w ten sposób najszybciej można było urabiać węgiel) nie czekano na przewietrzenie wyrobiska" – powiedział Adam Frużyński na konferencji w Katowicach. Prof. Jędrzej Chumiński dodał, że współzawodnictwo pracy nie wpłynęło na wzrost fatalnej po wojnie wydajności pracy. Wręcz przeciwnie, spadła jakość, drastycznie wzrosły koszty produkcji, przepadały cenne surowce i energia, a pracownicy zaczęli budować cienki mur oporu wobec ponadludzkich wymagań. „Ruch współzawodnictwa bazował tylko na przesłankach ideologicznych. Nie uwzględniał ważnych dla społeczeństwa robotniczego poczucia własnej wartości i świadomości brania odpowiedzialności za swój los. (...) Podobne zrywy, kampanie, są zupełną fikcją i głęboko demoralizują ludzi, którzy w nich uczestniczą”. Strach przed byciem  podejrzanym o sprzeciwianie się „państwu” lub zachęta nagrody, trwale dopingują pracowników. Kamil Rutecki z Biura Edukacji Publicznej IPN w Gdańsku wyraźnie zaznacza: „Przodownicy pracy byli na uprzywilejowanej pozycji. Dostawali talony do tak zwanych „sklepów za żółtymi firankami”, gdzie był dostęp do towarów, których nie było na rynku."

W takiej Polsce, gdzie przemysł, handel, usługi i transport wiodą prym, biuro z międzywojennych salonów trafia do schowka na szczotki. Władze, nie widząc w administracji i nauce potencjału rozwojowego, czynią właśnie w tej grupie największe oszczędności, tym samym zaznaczając coraz większą dysproporcję między Polską a krajami Zachodu. Praca urzędnika doby PRL-u to zajęcie nużące, zachowawcze, bez możliwości rozwoju, jak zauważa Maciej Złowodzki, specjalista w dziedzinie biurowości, profesor Politechniki Krakowskiej. Biuro cierpi na przestarzałość technologii, złą organizację, niekorzystne warunki otoczenia. Wieloosobowe, zatłoczone pomieszczenia wypełnia nieprzyjemny zapach niezaangażowania, a w oparach spadającej wydajności, co zdolniejsi niepostrzeżenie znikają za zachodnią granicą. „Powszechna była postawa bierności, niechęć do podejmowania decyzji i ponoszenia za nie odpowiedzialności. Jedną z konsekwencji takiej sytuacji było przerzucenie zadań ewidentnie administracyjnych na inne grupy zawodowe, jak na przykład na kadrę techniczną i naukową, co powodowało z kolei obniżenie efektywności ich pracy” – czytamy w publikacji Macieja Złowodzkiego.

Lata 60. odgrzebują pojęcie ergonomii. Tuż po utworzeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Ergonomicznego, polskie uczelnie medyczne, techniczne i artystyczne odkrywają, że rozwiązania mogą usprawnić nie tylko przemysł ciężki. Urządzenia z uporem dostosowywane do zmiennych warunków wędrują do lamusa, ustępując miejsca maszynom "od urodzenia" ergonomicznym. Jednocześnie o rację bytu na rynku polskim walczy dość bezskutecznie, już w strukturach Cepelii, reaktywowany po wojnie Ład. Do 1956 roku, pomimo ataków nowej władzy na ten „relikt minionego ustroju”, Spółdzielnia – z ofertą niedrogich, lecz wartościowych mebli – dzielnie się przystosowuje. Zalew zagranicznych tendencji w latach 60. ostatecznie pozbawia Ład tytułu międzywojennego prekursora.

Urzędnik czasów PRL-u w biurze spędza 46 godzin tygodniowo, podobnie jak przed wojną, a od 1972 roku otrzymuje również dodatkowe dni wolne, bez przedłużania dziennej normy w pozostałe dni w celu ich odpracowania. Jasną sytuację zatrudnienia zapewniają mu kolejne uchwały: przykładowo ta z 1958 roku zwiększa wymagania wobec pracownika umysłowego, który nie ukończył szkoły średniej, zapewniając mu posadę pod warunkiem „wstępnego stażu pracy, w zakresie potrzebnym do nabycia umiejętności i praktyki wymaganych na tym stanowisku” (Uchwała nr 527 Rady Ministrów §10).

Rok 1974 symbolicznie, acz efektownie kończy historię urzędnika państwowego, postulując w rozporządzeniu: „pracownikiem państwowym może zostać tylko taka osoba, która ze względu na swoją postawę ideowo-moralną zapewni należyte wypełnianie zadań urzędu”. Tym stwierdzeniem bezpardonowo upolitycznia służbę cywilną, wymieniając tym samym międzywojenną ustawę na niemal już współczesny Kodeks Pracy. Oprócz zmian w prawodawstwie, odradza się system organizacji pracy. Biuro ze zdumieniem odkrywa osiągnięcia F.W. Taylora i F.B. Gilbretha, od trzydziestu lat popularne u zagranicznych sąsiadów. Naukowcy mierzą i normują – poprzez fotografię dnia roboczego, obserwacje migawkowe i chronometraż ustalają faktyczny czas realizacji określonych procedur administracyjnych i oceniają straty. Badają pojedynczych pracowników lub określone grupy czynności, na podstawie harmonogramu Adamieckiego, czy wykresów Gantta. Do określania norm wybierają najlepszych, co niechybnie zaburza wyniki. Co pozytywne, zauważają wpływ zróżnicowanej budowy ciała człowieka i jego fizjologii na pracę. Panowie Taylor i Gilbreth zakładają, że człowiek pracuje jak maszyna. Ich idealne stanowisko pracy, dzięki systemom poczty pneumatycznej (prototypu faksu), arkuszy, sposobów kalkowania i katalogowania, w stu procentach eliminuje ruch. Bolesne skutki takiego odkrycia mobilizują z kolei odpowiednie zespoły medyczne i architektoniczne do tworzenia koncepcji służących zdrowiu mebli biurowych. Powraca więc ergonomia – już jako namacalna korzyść – „to nauka stosowana zmierzająca do optymalnego dostosowania narzędzi, maszyn, urządzeń, technologii, organizacji i materialnego środowiska pracy oraz przedmiotów powszechnego użytku do wymagań i potrzeb fizjologicznych psychicznych i społecznych człowieka.” /wg PTE, 1983 r./



Biuro najbardziej spragnione rozwiązań technologicznych i nowoczesnych metod organizacji pracy to pracownia architektoniczna. Gdy współczesne nam oprogramowanie pozwala na wykonanie niemal całego projektu przy użyciu jednego komputera, koordynacja takiej samej pracy pod koniec PRL-u stanowi nie lada wyzwanie. Tak wspomina mgr inż. arch. Stanisław Dendewicz (Zakład Urbanistyki Wydziału Architektury PWr) pracę w Zespole Urbanistycznym Wrocław–Śródmieście, którą rozpoczął w 1968 r.: „ Prace wykonywaliśmy graphosami (pióro do napełniania tuszem kreślarskim z wymiennymi stalówkami o rożnych grubościach), pędzelkami i temperami (rysunek planu), teksty oczywiście na maszynie do pisania, a na rysunkach raczej odręcznie – rzadziej przy pomocy szablonów. Charakterystyczna była praca na rysunkach wielkoformatowych, które wymagały olbrzymich stołów. Uspołecznienie planowania było pozorne. Natomiast dyskusje i konstruktywna krytyka – bardzo poważne, z udziałem profesorów Politechniki...” Znamienny jest również prestiż pracy architekta: „Rysowało się na kalce, odbijało na papierze światłoczułym i składało w tomy... Te czynności wykonywał odrębny zespół zwany "wykańczalnią". Teksty były pisane na "hali maszyn" do pisania. Nosiliśmy obowiązkowo białe fartuchy jak lekarze. Ludzie pracujący w biurach projektowych byli śmietanką inżynierów. Byli szanowani w środowisku inteligenckim. (...) Stosunki międzyludzkie były znakomite. Obchodzono huczne imprezy imieninowe z tańcami, itd. Ale przed terminami pracowało się do północy i później. Czasem w dzień, latem, za zgodą szefów wychodziliśmy na basen, aby dłużej siedzieć wieczorem.”

Podczas, gdy biuro Zachodu zalewa fala fascynacji komputerem, Polska w owym zachwycie nie uczestniczy, spoglądając raczej na osiągnięcia sąsiadów jak na interesujący film z gatunku science fiction. Kiedy zachodnie oddziały Kinnarps rozpracowują rozwiązania ergonomicznych mebli (krzeseł i biurek komputerowych), wprowadzają prototypy systemów ścianek działowych niwelujących hałas, polskie grono sceptyków nadal kiwa głowami na te niewiarygodne pomysły. Na szczęście są również wyjątki. Dr inż. arch. Stanisław Beniowski (BURBEN, Warszawa), podczas Konferencji Autodesk w 2004 roku wspominał początki zjawiska komputeryzacji w Polsce: „Na komputery zachorowałem gdzieś w połowie swoich studiów architektonicznych, i tak mi już zostało... Z tą jednak różnicą, że w latach 70. takich facetów, co to z wypiekami na twarzy opowiadali o projektowaniu przy pomocy komputerów zazwyczaj obdarzano pobłażliwym uśmieszkiem, a czasami też, może trochę na boku – pukano się znacząco w czoło (…) Miałem wielkie szczęście i zaszczyt uczestniczyć w początkach tego, co dziś powszechnie nazywa się CAD-em”. Sytuacja polityczna Polski Ludowej lat 70. i 80., wciąż wysokie ceny za wszelkie systemy technologiczne i powołany w 1949 roku COCOM – skutecznie blokują przepływ nowinek z Zachodu na jeszcze wiele lat. Bardzo efektowna jest to bariera, uniemożliwiająca państwom bloku wschodniego korzystanie z najnowszych technologii, teoretycznie w obawie przed dotarciem informacji do ZSRR i zastosowaniu ich w rozwoju techniki wojskowej. W praktyce jednak niepozwalająca na wwiezienie do Polski nowego PC, co wyjątkowo spowalnia już i tak powolny rozwój biurowości. Tak dalej mówi dr Beniowski: „Końcem lat 80. (…) środowisko projektowe nie śmiało się może już tak głośno na dźwięk słowa komputer w kontekście projektowania, ale odnosiło się do rzeczy z poważną rezerwą, o wydawaniu setek tysięcy dolarów na zabawki, nie bardzo wiadomo do czego i dlaczego – komputer kojarzył się już dość powszechnie z grami – w ogóle nikt nie chciał słyszeć.”

System pracy urozmaica protokół z 31 sierpnia 1980 roku, uchwalając co drugą sobotę wolną od pracy, później trzy wolne soboty w miesiącu. Może nieco na wyrost obiecuje podnoszenie płac wszystkim grupom pracowniczym, przy uwzględnieniu specyfiki zawodów i branż. Tym samym biuro coraz bardziej obrasta grubym murem przepisów prawnych. Zdezorientowany pracownik PRL-u niby odczuwa poprawę warunków, niby praca wydaje się bardziej zorganizowana, poszatkowana na krótkie monotonne czynności, niby kusi względną stabilizacją... A jednak u szczytu popularności plasują się badania nad szkodliwością pracy biurowej. Wydawać by się mogło, że stres to główny bohater XXI wieku, tymczasem to właśnie w latach 60. coś niewidzialnego nagle okazuje się przynosić stanowczo widzialne skutki. Pojęcie stresu wprowadza Hans Selye, w roku 1956 publikując książkę i udowadniając przyczynę wielu chorób w nieumiejętności walki z sytuacjami stresowymi. Mówi: „Stres to nieswoista reakcja organizmu na wymagającą sytuację (...)”, dodając: „bez stresu nie byłoby życia”. Biurowe perypetie pracownika drugiej połowy XX wieku, według kolejnych doświadczeń (skali stresu Holmesa i Rahe) wydają się rodzić kolejne znerwicowane pokolenie. Wystarczy zmiana stanowiska pracy, zakresu odpowiedzialności, godzin lub warunków pracy – i po tygodniu nieszczęśliwiec dowiaduje się o 40% pewności zachorowania na poważną chorobę (zdobycie 150 pkt w wyżej wymienionej skali stresu). Zatem unikając wszelkich zmian, a błogosławiąc nużące, powtarzalne czynności, z politowaniem spogląda na biznesmena XXI wieku, wróżąc rychły kres jego i jego pracy. Podobnie wyglądają prognozy co do stanu administracji kraju w przyszłości. Miejscowy Planu Ogólny rozwoju Krakowa do roku 2015, przewiduje znaczną redukcję wskaźnika ilości zatrudnionych w biurze, i zmniejszenie o połowę (!) powierzchni, które już wtedy stosuje się powszechnie w pozostałej części Europy.

Sam proces projektowania w PRL-u ogranicza sytuacja polityczna. „Całkowicie pozbawił architektów możliwości twórczego projektowania. Przenoszone były wzorce radzieckie" (dr arch. Romuald Loegler). Pierwsze obiekty biurowe, w przybliżonym do dzisiejszego znaczeniu, bazują na systemach uprzemysłowionych, głównie w postaci żelbetowych konstrukcji szkieletowych, nie do końca funkcjonalnych i nie do końca estetycznych... Niektóre propozycje popychają zastygłe w bezruchu obiekty, między innymi projekty profesora Wojciecha Bulińskiego, od początku lat 60. do końca 70. (budynek Resortu Budownictwa w Krakowie, czy powtarzane w kolejnych realizacjach koncepcje modularnego rozwiązania zewnętrznych ścian nośnych i zastosowanie drobnowymiarowych elementów konstrukcyjnych). Odbiciem zachodnich idei, ekstremalnych open space i fabrycznych "wielkoprzestrzeni" jest Biuro PROSYNCHEM w Gliwicach, Bohdana Lisowskiego i Macieja Złowodzkiego. Obiekt zasługuje na uwagę, ze względu na rozmach z jakim go zaprojektowano – przeznaczone na 2000 pracowników jednostki i resort obliczeniowy, zagraniczne systemy klimatyzacyjne i wyposażenie wnętrz. Niestety, brak środków blokuje budowę.

Biuro, od bardziej optymistycznych czasów po II wojnie światowej, poprzez dłużący się okres Rzeczpospolitej Ludowej, cierpliwie czeka na przełom, który mógłby zrewolucjonizować dotychczasowy stan. Nadzieje na ową rewolucję coraz odważniej pokłada w zachodnich osiągnięciach, sukcesu upatrując w otwarciu granic i odświeżeniu polskiej polityki. W końcu nastaje oczekiwany rok 1989...

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 1 do 3 *