newsletter
Spotkania i wywiady
wydarzenia
Orgatec
23 październik 2012 / Targi

Największe w europie targi mebli, akustyki, oświetlenia, techniki i wykładzin do biura

Jeremy Myerson - scenograf wśród architektów

Rozmowa z Jeremy'm Myersonem, profesorem Royal College of Art, dyrektorem i założycielem Helen Hamlyn Centre

Rozmawiali: Maciej Markowski i Bogusz Parzyszek
Zdjęcia: Piotr Apolinarski

Maciej Markowski: Twoja ścieżka kariery jest wyjątkowo interesująca. Zastanawia mnie, kim chciałeś być na samym jej początku.

Jeremy Myerson: Jako nastolatek szalałem za teatrem, za wszystkim, co było z nim związane: scenografią, tworzeniem kostiumów, aktorstwem. Dlatego też zdecydowałem się studiować angielską literaturę i teatr, z myślą o zostaniu artystą, zaangażowaniu się w działalność sceniczną. Szczególnie interesowała mnie scenografia i sporo się nią zajmowałem na studiach, ale oddawałem się też grafice i typografii. Można w skrócie powiedzieć, że pociągała mnie sztuka, ale nie do końca wiedziałem, w który jej aspekt się zaangażować. Decyzję podjąłem właściwie przez przypadek. Jako student poszedłem zobaczyć film zatytułowany „Wszyscy ludzie prezydenta” z Robertem Redfordem i Davidem Hoffmanem, oparty na historii afery Watergate. Miał na mnie olbrzymi wpływ i to nawet nie ze względu na swój polityczny wydźwięk, ale raczej na zachowanie dziennikarzy. Pamiętam, że mieli tam po prostu cudowną redakcję i pomyślałem: „O tak, chcę pracować w takim miejscu!”, w tej cudownej, otwartej przestrzeni. Wtedy właśnie zacząłem poważnie rozważać karierę dziennikarską, chciałem być pisarzem, reporterem, nosić krawat i pracować w otwartej przestrzeni, pod niebem świetlówek. Efektem tego było podjęcie przeze mnie pracy w „Stage & Television Today”, gazecie dla której przez wiele lat pisałem o sztuce. I tak właśnie zostałem dziennikarzem. Nigdy jednak nie opuściło mnie zainteresowanie wystrojem sceny, pozostała przy mnie silna świadomość otoczenia, jego namacalnego wpływu na nasze uczucia i zachowania.

To ciekawe… John Worthington (wywiad we wrześniowym numerze magazynu „Office” – przyp. red.), z którym ostatnio rozmawiałem, również chciał w młodości zajmować się scenografią.

Naprawdę? Niesamowite!

Zastanawiam się, jaki wpływ może to mieć na postrzeganie przestrzeni biurowych. Czy postrzegasz je jako swojego rodzaju „sceny”?

Tak, w pewnym sensie tak je widzę. Biura to właściwie korporacyjne sceny. Idziesz do pracy i grasz swoją rolę w sztuce – ta może być straszna, może cię niepokoić, ale może też być świetna. Sprowadza się to do tego, że jestem święcie przekonany o olbrzymim wpływie fizycznego otoczenia na ludzi i ich zachowanie

Bogusz Parzyszek: Czy czytałeś może książkę Malcolma Gladwella "Poza schematem"?

Tak, to bardzo dobra książka i lubię tego autora. Pokazuje ona bardzo jasno, że ludzie nie pojawiają się znikąd. Środowisko, z którego pochodzą i otaczająca ich kultura mają na nich olbrzymi wpływ. Bill Gates i jego sukces to nie przypadek. Kluczowe były możliwości, jakie miał jako dziecko. Aspekt demograficzny książki też jest niezwykły – twierdzi się w niej, że wszyscy najlepsi kanadyjscy hokeiści urodzili się w styczniu, dzięki czemu, jako większe i bardziej rozwinięte dzieci, to oni trafili pod opiekę najlepszych trenerów. Ma to też wpływ na moje myślenie o projektowaniu – nie szukam inspiracji w innych biurach, bo w ten sposób nie wymyślę niczego nowego. Potrzebne są inspiracje z innych obszarów. Dlatego też uważam, że szerokie wykształcenie humanistyczne może się tu okazać bardzo przydatne – projektowanie biur to naprawdę nie jest ścisła inżynieria. Ludzie udają, że tak jest, że biuro to maszyna, fabryka gdzie się pracuje, ale to nieprawda. To bardzo skomplikowany organizm, na który ogromny wpływ mają czynniki kulturowe, socjologiczne i psychologiczne. To właśnie w obszarze sztuki zadaje się te trudne pytania. Niezwykle cenię sobie moje lata zaangażowania w kulturę. Jako student i dziennikarz chodziłem do teatru nawet cztery, pięć razy w tygodniu i za każdym razem byłem absolutnie zafascynowany tym, jak przy pomocy skromnych środków ludzie tworzyli niezwykłe otoczenie sceniczne, będące w stanie niezwykle mocno wpłynąć na uczucia widzów – trochę kartonu i mamy wrażenie, że jesteśmy w podmoskiewskiej daczy ze sztuki Czechowa. I to mimo że przecież WIEMY, że siedzimy w podziemiu teatru w południowym Londynie!

To prawda. Kontynuując naszą opowieść – co sprawiło, że z dziennikarza stałeś się konsultantem? Czy irytował cię stan designu w tamtym okresie?

Cóż, byłem krytykiem teatralnym i stopniowo moje zainteresowanie przeniosło się na design i architekturę. Chciałem się rozwijać i spróbowałem czegoś nowego, a nie miałem na to szans, pisząc o teatrze – czołowi krytycy teatralni moich czasów młodości nadal zajmują swoje pozycje. W tej dziedzinie jedyny awans następuje przez śmierć poprzedników! Zrozumiałem też, że jestem o wiele bardziej zainteresowany rzeczywistością, a nie światem fantazji. Stąd też w 1981 roku przeniosłem się do magazynu zajmującego się designem. Nagle znalazłem się w zupełnie nowej fali brytyjskich dziennikarzy, traktujących poważnie ten temat i zaczynających stosować tam aparat krytyczny, który rozwinął się na przestrzeni wieków w pisaniu o sztuce. To była pierwsza fala ludzi piszących w ten sposób o architekturze i wzornictwie przemysłowym. Nawet jednak ta grupa zaniedbywała temat biura. Nie byli w tym przecież odosobnieni – architekci do dzisiaj niechętnie zajmują się wnętrzami biurowymi, wszyscy chcą zaprojektować budynek opery, najlepiej położony nad brzegiem jeziora albo chociaż stworzyć piękny, nowoczesny dom dla kogoś sławnego. W latach 80. i 90. na gruncie postmodernizmu trwała wielka debata dotycząca przestrzeni publicznych, budynków mieszkalnych… Ominęła ona jednak zupełnie biura. Wszyscy zdawali się akceptować fakt, że modernizm i naukowe zarządzanie powiedziały ostatnie słowo w sprawach biura. W świecie, w którym dominowały kontrola i tayloryzm, przestrzeń musiała być prosta, brutalna niemal, nie zastanawiano się nad tym. Minęło dużo czasu, zanim ludzie zaczęli rozważać nowe idee. Ja zainteresowałem się biurem w chwili, gdy odkryłem, jak wielki drzemie w nim potencjał – jak wiele jest tam do zrobienia w dziedzinie designu. Postanowiłem zacząć wydawać własny magazyn „Design Week”, który zresztą do dziś ukazuje się co tydzień. Prowadzenie tej publikacji umożliwiło mi nawiązanie niezwykle ważnych kontaktów, m.in. z DEGW. Natchnęło mnie to do porzucenia czasopisma, powrotu na uczelnię i zostania wolnym strzelcem: pisarzem i konsultantem. Jednym z moich pierwszych zleceń, co zabawne, była praca konsultancka dla Teatru Narodowego. Pracowałem z Frankiem Duffy’m, pomogłem im w kilku projektach, zaangażowałem się w ich publikację „Design for Change”. Potem zapisałem się na studia magisterskie w Royal College of Art i w ich ramach napisałem pracę o biurach. Miałem w tym duże poparcie profesorów. Zrozumieli, że to niezwykle ważne kulturowo miejsce, w którym wielu z nas spędza całe dnie, jest absolutnie ignorowane przez główne nurty. Stworzyłem w końcu obszerny tekst pt. „Estetyka pracy”, w którym opisałem jak protestancka etyka pracy – wg której nie musisz lubić swojej pracy, lecz musisz ją wykonać – wpłynęła na estetykę miejsca pracy. Przyjrzałem się zwłaszcza meblom i systemowi szkolenia designerów, który przekładał się na późniejszą formę mebli. W swojej pracy opisałem rzeczywistość biurową w licznych krajach. Wszystko to sprawiło, że stałem się często zapraszanym mówcą. Byłem w końcu kimś, kto miał coś nowego do powiedzenia w temacie, w którym od lat nie pojawiło się nic nowego. W ten właśnie sposób na przestrzeni lat 90. stopniowo oddaliłem się od dziennikarstwa w stronę konsultingu, nauczania i prowadzenia szkoleń.

Twoja droga od opisywania i bycia krytykiem współczesnego biura przywodzi mi na myśl francuską Nową Falę w kinie, której głównymi postaciami byli sfrustrowani krytycy filmowi chcący wziąć sprawy w swoje ręce.

Tak! (śmiech) Jest tu coś na rzeczy: najpierw o tym piszesz, a potem w końcu bierzesz się za to. Powiedzmy to sobie szczerze: nie jestem architektem i nie jestem designerem. Po prostu w pewnym momencie odkryłem, że jestem niezwykle zainteresowany innowacjami w organizacji biura. Zafascynowały mnie możliwości nowego rozumienia procesu pracy i wpływania na niego poprzez zmiany otoczenia. Zaciekawił mnie też wpływ demografii na biura. Uważam bowiem, że designerzy w zbytnim stopniu znajdują się pod wpływem nowinek technologicznych: „O! Microsoft wypuścił nowy ekran, musimy go użyć!”, a za mało zdają sobie sprawę z tego, jak ludzie naprawdę pracują. Uważam, że kluczowe jest to spojrzenie z perspektywy socjologii i demografii, a także psychologii czy antropologii. Chcąc osiągnąć takie całościowe spojrzenie, wspólnie z Philipem Rossem – specjalistą od nowoczesnych technologii – napisałem trylogię książek.

Skoro już rozmawiamy o początkach twojej kariery, powiedz jakie postaci świata architektury były twoimi największymi inspiracjami.

Pamiętam, że bardzo podobały mi się realizacje biura architektonicznego Pentagram, podobnie amerykański design, zwłaszcza ten używany w korporacjach. Interesowała mnie kultura korporacyjna, jej wpływ na wystrój biura… Byłem zachwycony Nowym Jorkiem, jako wielki fan amerykańskiego modernizmu, jego klasycznych przedstawicieli, odwiedzałem to miasto, gdy tylko mogłem. Potem stopniowo zacząłem się zajmować bardziej złożonymi koncepcjami, choć nigdy nie pociągał mnie postmodernizm w jego klasycznym, purystycznym ujęciu – podobała mi się natomiast idea pluralizmu, relatywizmu, idea sięgania do historii. W latach siedemdziesiątych odcięto się od historii, projektowało się tak, jakbyśmy żyli w roku zerowym. Dopiero w latach osiemdziesiątych na nowo odkryliśmy nasze korzenie i postanowiliśmy zastosować „historię z recyklingu”, ponownie ją wykorzystać – ja chciałem sięgać do wspaniałej ery projektowania biur, amerykańskich lat trzydziestych: budynek Singera w Detroit, budynek Chryslera. Poszukiwałem tej niezwykłej jakości, jaka została utracona po wojnie – biura lat pięćdziesiątych w Wielkiej Brytanii były koszmarne! Pociągała mnie wizja dopuszczania wpływu historii, metafory, fantazji i wyobraźni – widziałem nieraz przykłady stosowania teatralnych rozwiązań w biurach, czasami zbyt uproszczone, ale kierunek był dobry. Uwielbiam też swojego rodzaju „mowę” brytyjskiej tradycji, jej rzemiosło i styl. Uważam, że nie powinniśmy się od tego odcinać. Lubiłem też włoski design, byłem regularnym uczestnikiem mediolańskich targów designu. Jak widać, moimi inspiracjami były raczej nurty i okresy, a nie konkretni ludzie. Raczej miejsca i atmosfera niż autorytety.


Czy to dzięki takim pracom architekci zaczęli interesować się biurami?

Jeśli chodzi o zainteresowanie architektów biurami, to wydaje mi się, że było ono owocem kryzysu ekonomicznego, jaki dotknął Wielką Brytanię w latach dziewięćdziesiątych. Pracownie architektoniczne nie dostawały żadnych zleceń i z konieczności zajęły się mniej ciekawymi – z ich perspektywy – projektami. W tym przypadku były to biura. Dzięki temu powstało wtedy wiele niezwykle ciekawych realizacji i nowych pomysłów. Teraz dodatkowo internet umożliwia dzielenie się wszelkimi nowinkami, więc także małe pracownie architektoniczne mogą swoimi projektami wpływać na świat architektury. Dobry jest tu przykład pracowni Stefana Camenzinda, którego wspólnik studiował zresztą u nas, w Royal College of Art, a która współpracując z licznymi firmami stworzyła wiele niezwykle interesujących biur.
Zainteresowanie architektów biurami jest także odpowiedzią na olbrzymią frustrację pracowników biurowych. Przecież wydaje się niewyobrażalne pieniądze na te wielkie, błyszczące biurowce, a potem w ich wnętrzach tworzy się sztampowe przestrzenie do pracy, nijak przystające do nowych modeli pracy – do organizacji wolnych od hierarchii, usieciowionych i zglobalizowanych. Wiele najbardziej powtarzalnej pracy biurowej wykonuje się dzisiaj poza firmą, np. w Indiach, albo się ją automatyzuje. Do niedawna te zmiany nie miały prawie żadnego odbicia w kształcie nowych przestrzeni biurowych. Chcieliśmy to zmienić, choćby zakładając Helen Hamlyn Centre, którego celem było badanie wpływu starzenia się populacji na różne aspekty społeczeństwa. W tym też celu zacząłem współpracować z Philipem Rossem z magazynu „Unwired” – który zresztą był moim dawnym sąsiadem, mieszkającym przez lata piętro nade mną – podobało mi się jego nowatorskie spojrzenie na przestrzeń biura. Był pierwszym człowiekiem, który mówił o biurze „bezprzewodowym”. Pierwsza książka, którą wspólnie napisaliśmy w 1999 roku, nazywała się Creative Office, kolejną zatytułowaliśmy 21st Century Office i opublikowaliśmy w 2003 roku, a ostatnia, z 2006 roku, dotycząca pracowników umysłowych to Space to Work. Skupiliśmy się na opisywaniu konkretnych przypadków i odnieśliśmy zaskakujący sukces.

Sam popełniłem grzech pisania artykułów o tym, jak technologia ukształtuje biuro przyszłości. Jak wobec tego według ciebie demografia wpłynie na biuro?

Chciałbym zaznaczyć, że nie jestem przeciwnikiem technologii. Wydaje mi się, że jest bardzo ważna i mocno wpływa na kształt biura. Mam tylko wątpliwość, czy nie poświęca się jej zbyt wiele uwagi i czy nie dojdzie do sytuacji, w której wymogi technologii wyprzedzą zanadto kulturę i ludziom będzie się bardzo trudno dostosować. Nie będą z niej korzystać.

Jak z nadmiaru opcji w telefonie?

Tak! Mnie osobiście przeraża wizja wymiany telefonu na nowocześniejszy. Mój operator komórkowy dzwoni do mnie co miesiąc z „dobrą nowiną”: „Wymieniamy pana telefon na nowy!”, a ja powtarzam, że lubię mój stary. Telefony robią się coraz mniejsze i coraz trudniej mi korzystać z tych małych przycisków! Te małe klawiatury nie są odpowiednie dla starszych ludzi. A jeżeli dotykamy już tego tematu, to pamiętajmy, że nie tylko technologia i biura nie nadążają za zmianami demograficznymi albo je ignorują. Cała struktura ubezpieczeń społecznych zakłada, że po emeryturze przeżyjemy trzy lata i pożegnamy się ze światem w wieku 68 lat. Taki był plan zaraz po drugiej wojnie światowej. Lepsze pożywienie, leki i wykształcenie zmieniły ten system w dinozaura. Ludzie będą pracować dłużej. Pamiętajmy też, że ludzie coraz później trafiają do pracy: dłużej się kształcą, biorą rok wolnego po studiach. Stosunek ludzi płacących podatki do beneficjentów systemu pogarsza się z każdym rokiem. Jedynym rozwiązaniem wydaje się tu późniejsza emerytura, a żeby mieć szansę to wprowadzić, musimy lepiej traktować ludzi w pracy. Nie możemy ich przedwcześnie „zużyć”, nie możemy więzić pod sufitem świetlówek. Nasze biura są fatalne. W Wielkiej Brytanii mamy jeden z najwyższych wskaźników absencji pracowniczej. Nie jestem fanem angloamerykańskiej kultury biurowej, zmuszającej do nadmiernego wysiłku. Myślę, że bardziej stabilna kultura pracy Niemiec czy Francji może być lepszym rozwiązaniem. „Biurokracja” – wulgarne słowo w Anglii, ma miłe brzmienie dla Niemców. Dla nich oznacza porządek, stabilność, hierarchię i wykonywanie zadań w sprawdzony sposób. Sądzę, że nie możemy przeciążać pracowników, a to przekłada się na nowe metody projektowania biur.

Skoro już mówimy o zmianach środowiska pracy: jak sądzisz, jaki wpływ na kształt biura będzie miała rosnąca liczba osób pracujących w domach?

Myślę, że większość biur jest zaprojektowana w oparciu o założenie, że wszyscy pracujemy w tej samej przestrzeni. Celem jest, by ludzie znali się i mogli kooperować, byś mógł wejść do biura i natychmiast zacząć pracować – wszystko czeka już na ciebie. Większa ilość zatrudnionych osób pracujących poza biurem przekłada się na powstawanie tzw. hot desków, biurek bez przypisanego właściciela. Sama idea jest sensowna, pomaga zaoszczędzić przestrzeń biurową, a zatem pieniądze i środowisko, jednak wdrożenie… Często z tych miejsc pracy muszą korzystać osoby, które najwięcej podróżują, a zatem starsi specjaliści, będący wizytówką firmy, zasłużeni pracownicy o ogromnej wiedzy. Nie mogę patrzeć, jak każe im się siadać przy rozklekotanych biurkach, na najgorszych fotelach i pod ledwo tlącą się lampką – to przecież najwartościowsi ludzie w firmie, a jak się ich traktuje…? A w dodatku są często starsi – takie osoby są dużo wrażliwsze na otoczenie. Potrzebują dobrego oświetlenia, wygodnego fotela, cichego miejsca pracy – ucho starszej osoby, wg mojego doświadczenia, ma problemy z rozróżnianiem dźwięków w hałasie, hałas bardziej męczy. Tymczasem, oczywiście hot deski, to najmniej porządne miejsca pracy w dzisiejszym biurze, a tak naprawdę nie powinno być. Poza tym niepokoi mnie obecny od dawna trend projektowania bardzo modernistycznych przestrzeni. Wszędzie używamy betonu, stali, szkła – to fatalne akustycznie materiały! Biura stają się nagle bardzo głośne i męczące dla pracowników. Potrzebujemy większej ilości materiałów pochodzenia organicznego, mających strukturę tłumiącą dźwięk. Chętnie zobaczyłbym też więcej wody w biurach, więcej roślin, które mogłyby oczyścić powietrze. Zamiast tego biura są techniczne. Język, w którym rozmawia się o biurach, to język techniczny – twardy i konkretny – w ten sposób tworzymy bardzo nieprzyjazne ludziom otoczenie. Często obrywa mi się za te pomysły na konferencjach, jako za zbytnio realistyczne. Mówią mi: „Gdybyś znalazł się w sali z inwestorami, wiedziałbyś, że takie pomysły nie przejdą. Oni potrzebują konkretnych danych! Liczb!” Czuję jednak, że taka jest moja rola, jako pracownika naukowego – próba propagowania innego spojrzenia na biura. Choćby pokazania, że jest jeszcze inna droga.

Czy mógłbyś w takim razie podać nam przykład naprawdę dobrze zaprojektowanego biura? Biura, które byłoby modelowe.

O mój Boże…

Cóż, to może chociaż nie-fatalnego?

(śmiech) No, takich to już jest dużo.

Rozumiem, że wszystkie biura odbiegają od ideału? Chodzi nam o takie, które byłoby go najbliższe.

To naprawdę trudne pytanie… Takie biuro nawet nie przychodzi mi do głowy. Naprawdę podobały mi się części niektórych biur. Uważam, że kilka z nich we wspaniały sposób zadbało o pewne aspekty pracy biurowej. Weźmy choćby biuro Nokii w Soho przeznaczone dla designerów tej firmy. Lubię je i uważam, że w znakomity sposób wspiera współpracę. Podobnie szwajcarskie biuro Google, Stefana Camenzinda, ma bardzo ciekawe przestrzenie. Także James Dyson, brytyjski wynalazca, zorganizował bardzo dobre biuro dzięki sieci małych warsztatów, zapewniające świetne warunki do współpracy i wymiany pomysłów. Jestem też zafascynowany firmą IDEO…

Tą firmą wynalazczą z Kalifornii, z Palo Alto?

Tak, dokładnie. Fascynuje mnie to, w jaki sposób wykorzystują i aranżują przestrzeń. Mają wspaniałe studia. Są świetni w promowaniu współpracy, a co więcej – bardzo dobrze zrozumieli ideę przestrzeni, w której realizuje się projekty. To fascynujące, jak łatwo zmieniają przestrzeń swojego biura za pomocą paru prostych posunięć. Jak już mówiłem, istnieje bardzo mało biur zapewniających prywatność i przestrzenie do kontemplacji – nie przychodzą mi do głowy przykłady biur, gdzie pracownicy umysłowi naprawdę mogliby się skoncentrować, zanurzyć w pracy. Wracając do pozytywnych miejsc: Toyota w Wielkiej Brytanii świetnie używa biur jako przestrzeni marketingowej.

Czy mógłbyś powiedzieć co nieco o Helen Hamlyn Center i waszym projekcie Welcoming Workplace?

Jeśli chodzi o nasze centrum, to jestem z niego bardzo zadowolony. Skupiamy wielu bardzo ciekawych badaczy i doktorantów. W centrum naszych zainteresowań znajduje się współczesne miejsce pracy i rola designu w jego tworzeniu. Skupiamy się także na warunkach pracy i starzejących się pracownikach umysłowych. Tego zresztą dotyczył projekt Welcoming Workplace. Działał w latach 2007–2009, był sponsorowany przez rząd brytyjski w ramach inicjatywy zatytułowanej „Projektowanie XXI wieku”. Efektem naszej pracy był raport mierzący się z największymi wyzwaniami dwudziestego pierwszego wieku, tj. z faktem że ludzie będą żyć i pracować coraz dłużej, a także z wpływem tego na społeczeństwo i miejsce pracy. Drugim aspektem naszego badania było opisanie nowego charakteru pracy, nie tylko dominacji pracy umysłowej, lecz także odejścia od pracy urzędniczej, biurokratycznej, w stronę dużo bardziej nieprzewidywalnej i eksperymentalnej – odejścia od schematu „tej samej pracy każdego dnia” i stosowania się do schematu. By osiągnąć pełen obraz przemian, współpracowaliśmy z partnerami naukowymi z Japonii, która ma jedno z najstarszych społeczeństw na świecie, oraz z Australii, będącej młodszym społeczeństwem od Wielkiej Brytanii, ale generalnie bardzo podobnym demograficznie. Przeprowadziliśmy po cztery dogłębne badania w tych krajach, w różnych firmach (był to m.in. kilka australijskich banków, GlaxoSmithKline w Londynie). Każdą z nich zajmowaliśmy się przez miesiąc i rozmawialiśmy z pracownikami. Nie było to łatwe, bo nikt nie chce się przyznać, że jest „starszym pracownikiem”! W końcu bardzo dokładnie zbadaliśmy osiemdziesiąt osób po pięćdziesiątce z tych trzech krajów, przeprowadzając z nimi serię wywiadów, obserwując ich, itd. Wreszcie stworzyliśmy prototyp idealnego miejsca pracy dla nich i pozwoliliśmy im tam pracować przez około tydzień. Poprawiliśmy oświetlenie, akustykę pomieszczeń, wprowadziliśmy wodne zasłony, nietypowe meble…

Jak widzisz przyszłość biura, przyszłość projektowania tego typu przestrzeni?

Potrzeby współczesnego biura i praca, jaką się w nich wykonuje, znacząco różnią się od tych dwudziestowiecznych. W dwudziestym wieku miały tam miejsce w dużym stopniu powtarzalne czynności, ludzie przychodzili do biura, by podłączyć się do sieci wczesnych komputerów czy też korzystać ze zgromadzonych w biurze papierowych dokumentów i archiwów. W dobie nowych technologii te potrzeby wygasły. Dziś przychodzimy do biura, by komunikować się z innymi – społeczna perspektywa staje się coraz ważniejsza. Dlatego też potrzebujemy dużo mądrzejszego podejścia do projektowania, skupionego na wspieraniu interakcji – idee te nie zostały jeszcze wypracowane, znajdujemy się w okresie „bezkrólewia”, kiedy to zauważyliśmy już braki i potrzeby, a jeszcze nie znaleźliśmy na nie odpowiedzi. Odeszliśmy od modelu fabrycznego, a nie wypracowaliśmy jeszcze nowego. Podejmują się tego firmy meblarskie, ale nie widać jeszcze rezultatów. Zresztą nowy ruch w kierunku kooperacji i otwartości spotyka opór ze strony starych praktyk menadżerskich: kontroli, braku zaufania do pracowników, ochrony danych i wiedzy. Myślę, że jeszcze parę lat temu proces zmian był bardzo szybki, ale ostatnio został on wstrzymany, powoli odchodzimy od najbardziej rewolucyjnych rozwiązań. Szukamy właściwej drogi, eksperymentujemy. Optymizmem napawa przeprowadzona w naszym kraju (w Wielkiej Brytanii – przyp. red.) reforma sektora publicznego – nagle zdecydowano, że urzędnicy powinni pracować w dobrze zaprojektowanych, przyzwoicie oświetlonych biurach, przy porządnych stanowiskach pracy. Naprawdę warto zainwestować w siedziska, które zapobiegną bólom pleców urzędników i ich nieobecności w pracy – ma to po prostu biznesowy sens. Oczywiście słychać teraz głosy, że to niepotrzebne wydawanie publicznych pieniędzy, ale ma to autentyczny wpływ na efektywność. Uważam, że inwestycja w otoczenie biurowe to jedna z najlepszych, jakich można się podjąć. Musimy spojrzeć na wpływ pracy na zdrowie fizyczne i psychiczne – spójrzmy prawdzie w oczy: praca szkodzi. Może warto zachęcać ludzi do drzemki w środku dnia? Do odrobiny relaksu? Mogłoby to poprawić wydajność, ale z kulturowych przyczyn uważalibyśmy to za objaw lenistwa. Z naszych badań starszych pracowników wynikało, że nieraz idą oni do pielęgniarki tylko po to, żeby w spokoju poleżeć przez chwilę. Jest wiele obszarów, z którymi jeszcze nikt się nie mierzył.

Powiedziałeś, że inwestycja w fizyczną przestrzeń jest jedną z najlepszych. Nie jest to powszechnie wyznawana prawda. Jak sprzedałbyś tę ideę np. kadrze zarządzającej?

Cóż, myślę, że firmy tak naprawdę mają tylko parę czynników, które mogą mierzyć. Są to rotacja załogi i liczba dni pracowników na zwolnieniu. Każda z nich oznacza duży koszt dla pracodawcy – zwłaszcza ucieczka wiedzy z firmy może być katastrofalna. Poza tym firmy coraz częściej starają się zachować równowagę wieku swoich pracowników – zdrowe połączenie młodych i doświadczonych pracowników. Sytuacja, w której wszyscy czołowi specjaliści odchodzą w jednej chwili na emeryturę, może być bardzo groźna, podobnie – niedoświadczony zespół trafiający na kryzys. Demografia jest bardzo ważna, a to przenosi się na rzeczywistość biurową. Weźmy takiego pracownika jak ja – mam dziś ponad pięćdziesiąt lat i potrzebuję nawet trzy razy więcej światła niż moi studenci. Podobnie potrzebuję większych przycisków na maszynach itd. Wydaje mi się, że większość biur zostało zaprojektowanych z myślą o młodych, wysportowanych mężczyznach. Na szczęście dostrzegam ostatnio trend udomawiania środowiska biurowego i nadawania mu bardziej kobiecego charakteru.

Czy istnieje projekt, za który chciałbyś być zapamiętany?

Myślę, że najbardziej jestem dumny z założenia i zorganizowania Helen Hamlyn Centre, w którym staramy się wychować nowe pokolenie świetnych designerów. To niełatwe zadanie. Co roku bierzemy 10-12 studentów i kontaktujemy ich z przemysłowym lub rządowym partnerem, który pozwoli im prowadzić badania z dziedzin wzornictwa przemysłowego, projektowania biur i mebli biurowych czy projektowania przestrzeni i rozwiązań dla służby zdrowia. To daje im ogromne doświadczenie. Przez naszą uczelnię przewinęli się bardzo interesujący ludzie. Pozwalamy im poznać rzeczywistość biznesową, pokazujemy im rzeczywisty świat designu, a potem z radością patrzymy na ścieżkę, którą obierają. Wielu z nich stworzyło naprawdę fascynujące rzeczy. Wydaje mi się, że cała idea HHC jest bardzo dobra. Zachęcanie designerów do prowadzenia badań, umożliwia im to tworzenie projektów o dużo większych szansach na realizację. Dzięki temu może za parę lat design skupi się na ludzkich potrzebach. W innym przypadku nasze biura staną się paskudnymi miejscami.

Teraz pytania do byłego krytyka: czy uważasz, że dzisiejsze biura są lepiej zaprojektowane, niż te z lat osiemdziesiątych, i czy sądzisz, że lepiej spełniają one potrzeby organizacji?

To naprawdę ciekawe pytanie. Wydaje mi się, że nie dotarliśmy jeszcze do tego miejsca, w którym w satysfakcjonujący sposób spełniamy potrzeby pracowników. Weźmy na przykład potrzebę skupienia, samodzielnej pracy – współczesne biuro fatalnie sobie z tym radzi. Kiedyś było to znacznie łatwiejsze. Cały czas jesteśmy na widoku, jakbyśmy brali udział w paradzie. Zrezygnowaliśmy z indywidualnych gabinetów w celu promowania kooperacji, ale nie stworzyliśmy miejsc, gdzie można indywidualnie wykonać zadania. Stworzyliśmy nawet przestrzeń do relaksu, kafejki, a potem wyposażyliśmy je w mobilny internet i tym samym zabiliśmy samą ideę. Dodajmy do tego wszystkie dystraktory współczesnego biura: muzykę, internet – czyli wiadomości w zasięgu ręki, rozrywkę i przyjaciół. Jeżeli ja chciałem usłyszeć kiedyś wiadomości, musiałem czekać do wieczora na dziennik BBC! Tak więc dzisiejsze biura są lepsze w komunikacji i we wspieraniu współpracy, ale nie radzą sobie z zapewnieniem skupienia i prywatności. Co ciekawe, dzisiejszy open space zapewnia dużo mniej prywatności, niż ten, który ja pamiętam z czasów pracy w gazecie – i to w paradoksalny sposób! Siedziałem wtedy przy długim stole, łokieć w łokieć ze współpracownikami, za plecami miałem krzyczący przez telefony zespół sprzedażowy, starający się załatwić reklamy do naszej gazety. Cały dzień byłem otoczony hałasem – pamiętacie, jak głośne były maszyny do pisania? Co zabawne, nie miałem wtedy żadnego problemu ze skupieniem się, byłem w stanie w tym otoczeniu pisać złożony artykuł. Trzydzieści osób, ciągłe wrzaski, klekot maszyn do pisania, gońcy przebiegający co chwila za twoimi plecami… Wszystko to składało się na ścianę dźwięku tak gęstą, że człowiek nie był w stanie wyszczególnić jej składników i przez to czułem, że posiadam „akustyczną” prywatność – nikt nie był w stanie mnie podsłuchać. Dzisiejsza technologia jest zdecydowanie bardziej cicha – nie dość, że utraciliśmy tę prywatność, to jeszcze trudno jest się odciąć i nie słuchać, nawet niechcący, kogoś rozmawiającego w twoim pobliżu. Jeżeli się nad tym zastanowić i spojrzeć na to w ten sposób, to biura pogorszyły się pod kątem akustycznym.

(śmiech) Cichsze nie znaczy lepsze.

Dokładnie. Spójrzmy zresztą na inne elementy techniki. Stare, wiktoriańskie budynki, wentylowane w sposób naturalny, były prawdopodobnie dużo zdrowsze, niż dzisiejsze zamknięte, wentylowane przestrzenie i to mimo zastosowania tych wszystkich filtrów. Podobało mi się też, że dawne lampy były w zasięgu ręki użytkownika. Bez problemu mogłem zmienić kąt padania światła na moje biurko. Dzisiaj wszystko sterowane jest centralnie, tracimy kontrolę nad własnym otoczeniem! Podsumowując, niektóre rzeczy są lepsze w nowych biurach, inne jednak dużo gorsze.

Jakie potrzeby posiadają według ciebie dzisiejsze organizacje i jak wpłynie to na formę biura w przyszłości?

Myślę, że biura w przyszłości nie będą takimi monolitami jak dzisiejsze. Skończą się 25-letnie dzierżawy budynków biurowych. Firmy potrzebują elastycznych umów. Ludzie będą częściej zmieniać zatrudnienie, a nawet jeśli pozostaną dłużej w jednej organizacji, będą pracować nad różnorodnymi projektami, w miejsce posiadania powtarzalnej, niezmiennej pracy. Pracownicy będą zaangażowani w parę projektów jednocześnie, a co za tym idzie, nie będą mieli swojego biurka, na którym mogą się umościć na pięć lat użytkowania. Wierzę, że będzie królować elastyczność. Zbliżamy się do końca ery drogich budynków biurowych, będziemy używać tańszych materiałów, będziemy dzielić przestrzeń w nietrwały sposób – kurtynami, zasłonami. Zaczyna się era tworzenia tymczasowych biur – myślę, że osoby z doświadczenie scenografa mogą okazać się tu niezwykle przydatne. Skorupa biura – Frank Duffy jest tu ekspertem – nie zmieniła się przez ostatnie dwadzieścia lat i nie sądzę, żeby dokonywała się rewolucja. Wszystko co ciekawe, będzie się działo w środku.

B.P.: Gdy przyglądam się dzisiejszym biurom, wydaje mi się, że większość projektów jest dość zachowawczych.

To prawda. Sądzę, że jedynym projektantem, który tworzy naprawdę rewolucyjne realizacje, jest Clive Wilkinson. Co ważniejsze, jego pomysły mają sens! Jego niezwykłe przestrzenie są dość spokojne i funkcjonalne. Ja osobiście nie lubię, gdy przestrzeń biurowa jest zbyt krzykliwa. Uważam, że to ludzie wnoszą kolor i życie. Nie przepadam za pufami i podstawowymi kolorami.

Skoro już mówimy o śmiałych projektach, spytam, jak wyglądałby wymarzony projekt dla ciebie. W co chciałbyś się zaangażować w nadchodzących latach?

Jestem szczególnie zainteresowany tym, jak inne typy budynków mogą wpłynąć na przestrzeń biurową. Elementy wystroju sklepów wchodzą powoli do biur. Fascynuje mnie też idea kooperacji – musimy wyjść z sal konferencyjnych. Chciałbym zaangażować się w projekt dotyczący ekstremalnej współpracy, taki gdzie kontakt jest namacalny, bezpośredni – jak w teatrze, a także zgłębić możliwości wirtualnej współpracy.

Mógłbyś opowiedzieć o projekcie Innovation RCA, w który byłeś zaangażowany?

To projekt, w który zaangażowaliśmy się w Helen Hamlyn Centre. Szukaliśmy możliwości komercjalizacji własności intelektualnej uniwersytetu, postanowiliśmy skupić się na współpracy z firmami produkcyjnymi i wspólnym tworzeniu nowych produktów. Współdziałamy z wieloma wielkimi firmami, np. z chińskim producentem oświetlenia Megaman. Dostaliśmy też kilka bardzo korzystnych grantów od rządu. Sprzedajemy licencje, nasze produkty trafiają m.in. do szpitali. Ostatnio stworzyliśmy produkt o nazwie Flapper, który może zastąpić ruchome schody czy windy, pozwalając w zupełnie innowacyjny sposób przenosić się między piętrami. Energia tworzona przy schodzeniu jest magazynowana i używana później przy wynoszeniu ludzi na wyższe piętra. Innym ciekawym produktem jest światło kierowane gestami – przydatne np. dla chirurgów, którzy nie mogą dotykać otoczenia podczas operacji. Zresztą może to zrewolucjonizować kwestię oświetlenia i to nie tylko w biurach. Nasze przestrzenie są nadmiernie oświetlone. Używamy dużo więcej światła niż potrzebujemy. Jego ilość powinna być zależna od potrzeb pracowników.

Co sądzisz o współczesnych młodych projektantach i w ogóle o ludziach odpowiedzialnych za kształt dzisiejszego biura?

Uważam, że istnieje wielu utalentowanych ludzi, ale niezwykle trudno im zdobyć szansę wykazania się. Projektowanie biura wymaga olbrzymiego doświadczenia. Musisz zdawać sobie sprawę z wpływu wielu, wielu czynników i na dodatek podejmować decyzje: czy chcesz dużego parkingu, czy firma będzie zachęcać ludzi do korzystania z transportu publicznego. Bardzo łatwo jest zakłócić proces pracy, stworzyć mało funkcjonalną przestrzeń. Trzeba zebrać dużo danych: kto będzie pracował z domu, ile jakiego rodzaju przestrzeni jest potrzebne. Wielu młodych ludzi nie wie do końca, jak wygląda sama praca. Trzeba popracować trochę w biurze, by móc je potem projektować. Kiedy ja byłem młody, w ogóle nie myślałem o projektowaniu biur. Trudno zacząć się ekscytować projektowaniem biur, kiedy masz 23 lata. Wolisz myśleć o pubach i restauracjach.

B.P.: Co twoim zdaniem możemy zrobić w Polsce, by zaczęły tu powstawać lepsze biura?

Polska posiada bardzo artystyczną kulturę. Nie sądzę, żebyście powinni z tego rezygnować, próbując się dopasować do zachodnich trendów. Widziałem wiele krajów rezygnujących w imię postępu z własnej kultury – nie kończyło się to dobrze. Polska ma jednych z absolutnie najlepszych plakacistów. Mieliśmy tu ostatnio wystawę Romana Cieślewicza. Byłem absolutnie zachwycony jego dziełami. Podoba mi się także wasza tradycja tworzenia wzorów, tkanin… Znam też wielu ciekawych polskich scenografów, całą tradycję scenografów! Bardzo interesowałem się polskim teatrem, kiedy byłem na studiach w latach 70. Nie potrzebujecie tworzyć anglosaskich biur. To nie powinien być jakiś nacjonalny styl, parodia… Weźcie przykład ze Skandynawów – w bardzo interesujący sposób wykorzystują swoją kulturę w projektowaniu takich przestrzeni i tworzą prawdopodobnie najlepsze biura, jeśli chodzi o zapewnianie możliwości pracy w skupieniu, nawet w open space! Stosują lżejsze oświetlenie, używają bardziej „domowych” mebli. Bardzo mi się to podoba. Wiele ich firm meblowych ma ścisły związek tradycyjnym szwedzkim rzemiosłem. My, Anglosasi, naprawdę nie dysponujemy wszystkimi odpowiedziami.

Powinniśmy wziąć od was to, co dobre, a uniknąć błędów?

Tak, właśnie. Szczytowe dzieła amerykańskiego designu, ich prostota, jasność… są naprawdę bardzo dobre. Ważne jednak, żeby nie powtarzać błędów, nie tworzyć biur-maszyn. Myślę, że w ogóle firmy zorientują się niedługo, że muszą konkurować o młodych pracowników ciekawym miejscem pracy. Biuro-maszyna – jaką to wysyła wiadomość do potencjalnych pracowników? Na pewno nie mówi: „Praca tu będzie fascynująca!” Jeżeli jako architekt, myśląc o miejscu do relaksu stawiasz po prostu automat z batonikami, to naprawdę nie wywiązujesz się ze swojej roli! Pracowaliśmy ostatnio nad projektem „Biuro przyjazne sercu”, wraz z brytyjską fundacją zajmującą się kardiologią, zachęcającym do używania schodów w biurach. Z drugiej strony starsi pracownicy pewnie woleliby windy… Cóż, jak widzicie, trzeba we wszystkim znaleźć harmonię. Zwraca się też coraz większą uwagę na ekologię. I tu muszę powiedzieć coś kontrowersyjnego. Uważam, że całe to ładowanie baterii słonecznych na dachy, systemy geodezyjne… to bzdura! Najbardziej „zielone” jest najbardziej zatłoczone biuro, takie, w którym oświetlamy i ogrzewamy maksymalną możliwą ilość osób – tak oszczędzamy energię.

Taki biurowy odpowiednik transportu publicznego?

Tak! Uważam, że biura powinny być pełne ludzi, żywe – cały czas. To jest ekologiczne biuro, nie puste biuro z baterią słoneczną na dachu. Stąd też uważam, że tak ważne jest zarządzanie przestrzenią.

Na koniec musimy zadać typowe pytanie każdego polskiego dziennikarza: czy znasz jakichś polskich architektów albo designerów?

Tak, może nawet „znam” to za mało powiedziane. Tomek Rygalik studiował u nas, w Royal College of Art, stworzył bardzo ciekawy projekt siedziska. Lubię też jego obecne prace. Jeśli chodzi o innych polskich twórców, to byłem zachwycony wystawą młodych polskich designerów podczas Design Week w Mediolanie. Przygotowali naprawdę niezwykle wyglądającą instalację z wideo, ze znakomitymi meblami, z pięknym katalogiem. Byłem pod wielkim wrażeniem!

Dziękujemy bardzo za rozmowę i do zobaczenia w październiku na naszej konferencji.

Ja również dziękuję. Jeszcze się nasłuchacie moich pomysłów.

Dodaj komentarz

Autor *
E-mail
Komentarz *
Dodaj 4 do 3 *