
Rozmawiała: Izabela Kamińska
Gdyby dwadzieścia lat temu dowiedział się pan, że będzie jednym z wiodących polskich designerów, byłby pan zaskoczony, czy też pana sukces projektowy jest dawno opracowanym i konsekwentnie realizowanym planem?Nie, zaskoczony bym nie był, bo 20 lat temu miałem wystarczająco dużo tupetu, by równać się z najlepszymi, sięgać po to, czego chcę i dostawać. Szczerze mówiąc zostało mi to do dzisiaj, choć dziś znaczy coś zupełnie innego… Kiedy zaczynałem jako projektant, designu jako komercyjnej, profesjonalnej działalności w Polsce jeszcze nie było. Nie było nawet Polski, tylko PRL, dlatego trudno mówić o jakichś planach. Oczywiście, powstawały różne projekty, jednak design nie był uważany za zjawisko kształtujące naszą rzeczywistość. Nie istniało uświadomione zrozumienie i potrzeba ukonstytuowania designu jako ważnej dziedziny. Ale podobna sytuacja dotyczy całego mojego pokolenia, ludzi, którzy tworząc „normalność” musieli mierzyć się z trzema zupełnie innymi, różnymi rzeczywistościami: urodzili się w komunie, młodość spędzili w czasie jej transformacji, a dziś funkcjonują w nowym „dobrobycie“. Taka szkoła życia pomogła większości z nas znaleźć się teraz w tym miejscu. Mój przypadek to zbieg wielu okoliczności i ten proces trwa nieustannie, a cierpliwość, determinacja i poświęcenie towarzyszą mi każdego dnia.
Czyli Polska lat 80. i 90. to wartościowa, w pana przypadku, szkoła życia?Ten czas traktuję jako rodzaj unikalnych doświadczeń, właściwie niemożliwych do skopiowania, choć to był mentalny syf. Dziś sytuacja pustek w sklepie i zamkniętych granic wydaje się kuriozalna, ale wtedy dawała możliwość, a raczej konieczność wykazania się i wymagała wielkiej kreatywności, a przy tym odporności na powszechne zburaczenie gustów. Nie było praktycznie nic, może poza abstrakcyjnym punktem odniesienia, dlatego trzeba to było zrobić samemu. Ale ponoć najlepsze plony rosną na zagnojonym polu. Obecny świat jest pełen szans, ale też chyba bardziej złożony i trudniejszy dla ludzi, którzy dopiero zaczynają pracować w zawodzie. Ze względu na możliwości i globalną konkurencję przebicie się i zaistnienie jest trudniejsze, bo ścigać się trzeba z całym światem, a w designie jesteśmy jego końcem. To jak z Australią – wszyscy wiedzą, że jest tam ładnie, tylko nie po drodze.
Dziś jest pan obywatelem świata, zamknięte granice nie są już problemem. Oznacza to, że współczesny projektant może działać bez ograniczeń? Niezupełnie. Myślenie według granic krajów mamy już na szczęście za sobą. Teraz ważniejsze są inne. Komfortem jest oczywiście możliwość wybierania zleceń, odrzucania tych, które byłyby dla nas krępujące. Praca designera polega jednak również na zrozumieniu swoich kompetencji, ograniczeń i autokontekstu. To może i powinna być wartość. W projektowaniu strategicznym, związanym z kreowaniem miejsc, naszym zleceniodawcą nie jest inwestor, a jego klient, którego należy zrozumieć, a nawet wyprzedzić w myśleniu. W dodatku każdy z projektów, które realizujemy, jest inny, czemu innemu służy, obwarowany jest odmiennymi czynnikami rynkowymi, kulturowymi, językowymi w których ma startować i funkcjonować. Jest jak żywy organizm. Nie pojmuję tego w kwestii ograniczeń, tylko w sensie elementarnych założeń, według których trzeba działać. Ta metoda doskonale się sprawdza i to są moje granice. Poza tym jestem wolnym człowiekiem i mogę robić co chcę, gdzie chcę i jak chcę. Również jako designer.A czy w tych działaniach zostawił pan sobie jakąś granicę błędu? Czy pan również może się mylić?Powinienem odpowiedzieć: nie, nie wolno mi się mylić, bo to za dużo kosztuje. Oczywiście, że popełniam błędy, ale jestem na tyle mądry, żeby wiedzieć jak sobie z nimi radzić. Mam świadomość omylności i rozpoznaję manowce, na które zmierzam. Nieomylność jest patologią. Stworzenie własnego studia projektowego było jakimś szczególnym momentem, czy też start Robert Majkut Design był zupełnie naturalny? Impuls przyszedł z życia, bo nie miał kto zrobić projektu dla Grażyny Kulczyk w firmie, w której pracowałem. To była firma graficzna, a trzeba było zaprojektować wnętrza. To był mój format, moja potrzeba i moja szansa. Dwudziestoparoletni człowiek zakładający firmę, bez dużych środków do zainwestowania, żyjący w niełatwej, paranoiczno-śmieszno-strasznej, wciąż zmieniającej się rzeczywistości lat 90., musiał kozaczyć, żeby przetrwać, ale to właśnie była normalność.Na samym początku zdarzały się oczywiście trudne sytuacje, kilka osób nas oszukało, okradło, nie dopełniło umów. Nie znaliśmy prawa i nie potrafiliśmy bronić swoich racji. To był dziki, cyniczno-siermiężny kapitalizm i szereg doświadczeń, które trzeba było przejść. Frycowe pierwszych. To wyrobiło we mnie hardość i nieufność, która w polskiej paranoi bardzo się przydaje – baranów i oszustów spotykam do dzisiaj. Dziś jednak czuję ich na odległość i nie marnuję na nich czasu. Prawdopodobnie mój syn, o ile będzie chciał się „bawić“ w biznes, dowie się ode mnie, na jakie rzeczy uważać. Mi tej wiedzy nie miał kto przekazać, bo nikt jej po prostu nie posiadał.Jak wyglądały początki studia projektowego, jak zdobywaliście pierwsze zlecenia?Po projekcie dla p. Kulczyk robiliśmy wiele małych projekcików, które się powiększały. Rosły na tyle dynamicznie, że w skali światowej można by to uznać za ewenement. Po kilku latach funkcjonowania firmy realizowaliśmy przedsięwzięcia, którymi w innej rzeczywistości mogą zajmować się pracownie z o wiele dłuższym stażem i bogatszymi doświadczeniami. To, co oni robili w dziesięciu, my robiliśmy we dwóch. Lepiej, szybciej… Wygrywaliśmy z nimi przetargi. Dostaliśmy dużą szansę, która spowodowała, że nasze portfolio może dziś tak wyglądać. Kiedyś na zaproszenie Design Council z Wielkiej Brytanii wizytowaliśmy wzorcową, wybitną firmę w Londynie. Jako goście zwiedzaliśmy i słuchaliśmy o tym, jak się robi profesjonalny design. Oni nas nie znali i może dobrze, bo tydzień wcześniej to my, a nie oni, wygraliśmy międzynarodowy przetarg na koncept showroomu dla Ery.Czym charakteryzują się dzisiejsi klienci? Czy łatwiej się z nimi pracuje?Ogromnym atutem mojej pracy jest i zawsze była możliwość współpracy z ludźmi nieprzeciętnymi, ponieważ ci przeciętni nie byli i nie są w stanie ogarnąć tego, co robię i nawet nie mają potrzeby korzystania z moich usług. To ich przerasta. Realizacje, które narodziły się w pracowni, wynikają z dialogu z osobami, które mają odwagę sięgać po rzeczy, które w ich środowisku nie są standardem, które często intuicyjnie wychodzą poza wyznaczony format. Tacy klienci muszą nam zaufać, uwierzyć, że tego typu działanie ma sens, a nasze doświadczenie to wiedza i wartość. Design to rodzaj aktywności, którego nie da się łatwo zamienić w wykresy, choć dobry design często je śrubuje. Zasadniczym dramatem braku możliwości zrozumienia i doświadczania wagi tej kwestii przez całe społeczeństwo są pośrednicy tego procesu – niekompetentni, niewykwalifikowani ludzie, którzy w poważnych instytucjach prywatnych i państwowych zajmują bardzo wysokie i znaczące stanowiska. Za decyzjami dotyczącymi wdrożenia designu, innowacji, kreacji obecnej w naszym życiu, często stoją niewykwalifikowane, tchórzliwe postacie o niewielkich możliwościach finansowych, decyzyjnych i mentalnych, o przerośniętych ambicjach i ogromnych kompleksach. Innowacje nie są dla strachliwych biurokratów. 
Większość projektantów za najlepszy wyznacznik sukcesu uważa zadowolonego klienta. Jak zdaniem pana można ocenić tę kategorię?Klient pewnego krawca też był zadowolony, póki obiektywnie ktoś nie stwierdził: król jest nagi. Zadowolony klient jest oczywiście jakimś gwarantem, ale nie jedynym i nie do końca miarodajnym. Dla mnie najważniejsza jest perspektywa trwania. Jeśli po pewnym czasie wyniki są dobre, skuteczne i właściwe, to z pewnością można mówić o pełnym sukcesie.A jak zapracować na wyżej wymienionego klienta?Nie ma na to recepty, tak jak nie ma jej na szczęście, piękno, długowieczność, zdrowie… Myślę, że zadowolony klient to ten, który przychodząc z pieniędzmi, zaufaniem i pomysłem jest traktowany poważnie i profesjonalnie. I nigdy nie żałuje swojej decyzji.Jak wygląda specyfika pracy w firmie? Czy to pan jest „człowiekiem od pomysłów”?Studio jest autorskie, dlatego muszę być „człowiekiem od wszystkiego“. Cała realizacja (a nie same pomysły) sygnowana jest moim nazwiskiem. Prowadzenie firmy związane jest z wieloma obowiązkami mniej lub bardziej lubianymi, ale na ile to możliwe staram się koncentrować przede wszystkim na pracy projektowej. Poszczególnym projektom nadaję z początku ich charakterystyczny, główny kształt, natomiast zespół jest dla mnie wsparciem i kontynuatorem działania, które nadzoruję. Zazwyczaj prowadzimy kilka projektów równocześnie. Nie zdarzają się jednak sytuacje, które rozwijają się bez mojego udziału. Zawsze pracuję z zespołem nad wszystkimi detalami. Być może jest to mankament ograniczający rozwój firmy – nie rozrośniemy się pewnie jak np. Foster and Partners, ale chyba nie jest to naszą ambicją. Chociaż kto wie...Projektant prowadzący autorskie studio musi być również managerem designu: współpracuje z marketingowcami, konstruktorami, technologami i wykonawcami. Odnajduje się pan w tej roli? Przy takiej skali nie jest to do ogarnięcia samodzielnie. Tutaj niezbędne jest wsparcie. Moją partnerką biznesową i życiową jest Ela Madej, z którą wspólnie zarządzamy firmą. Mamy przemyślane procesy działania na każdym poziomie funkcjonowania firmy. Kluczem do naszego sukcesu jest zrozumienie zadań i skuteczność. Tego wymaga standard naszych usług. Najwięcej czasu poświęca pan designowi, który „tworzy miejsce”. Trudno nawet wymienić wszystkie przestrzenie firmowane przez Robert Majkut Design. Czy któreś projekty mają dla pana szczególne znaczenie?Projekty nabierają ważności z wielorakich powodów, można to oceniać z różnych perspektyw. Po pierwsze – jako doświadczenie projektowe, pozwalające zrealizować niekonwencjonalne koncepcje. Projekty, które dały możliwość takiego projektowego „wyżycia się” to między innymi Multikino Złote Tarasy czy ostatnio projekt dla ING. Znacząca jest satysfakcja z sukcesu, który projekt odnosi dla klienta. Przestrzenie Noble Banku czy Open Finance ustanowiły standardy rynkowe, podniosły poprzeczkę na tyle wysoko, że inni muszą się do nich dostosowywać. Znaczenie tych projektów na rynku jest olbrzymie. Dla mnie, jako projektanta, istotna jest też ocena profesjonalistów, zauważenie realizacji przez środowisko międzynarodowe. Projekt Multikino Złote Tarasy był publikowany i doceniany w setkach czasopism, a nawet w książkach w Europie i Azji. Projektów mógłbym oczywiście wymienić więcej, ale zasadniczą kwestią jest jednak to, że nie stworzyłem wnętrz, których dziś muszę się wstydzić. Uczestniczę w projektach, które świadomie wybieram.Ważnym zagadnieniem pańskich działań jest połączenie technologii z designem. Skąd ten pomysł? Fascynuje mnie technologia, jestem fantastą, marzycielem, poszukiwaczem, może nawet wizjonerem, a projektowanie przedmiotów to uzupełnianie świata o rzeczy, których się w nim nie znajduje. Moja swoboda w poruszaniu się pomiędzy granicami różnych dyscyplin jest konsekwencją myślenia o całej rzeczywistości materialnej, czyli to wynik takich małych olśnień, które same przychodzą do głowy jako pewien pomysł. Później idea zaczyna się konkretyzować. Tak się stało z głośnikami dla Tonsilu czy „Beforme”.„Beforeme” zostało zainspirowane bardzo smutną historią, która wydarzyła się w rodzinie Eli – jej siostra straciła dziecko w siódmym miesiącu ciąży. Wymyśliliśmy urządzenie umożliwiające sprawdzanie tętna płodu – połączenie mp3 ze stetoskopem elektronicznym. Jednym przyciskiem możliwe jest przełączanie muzyki na odsłuch stetoskopowy, rejestrowanie tego dźwięku, porównywanie go z nagraniami wcześniejszymi, z wykresem wzorcowym, a także przerzucanie do komputera i wysyłane do lekarza. Ważna była też sama forma, nawiązująca do kształtów embrionalnych, bądź po prostu mamy z brzuszkiem. Design z segmentu tzw. home care jest bardzo ważny i istotny dla ochrony jakości naszego życia. Na świecie urządzenie to ma wiele publikacji, pomimo że jest na etapie prototypowania – dla porównania w kraju nie znalazło dużego zainteresowania naszej prasy i środowiska. Ciekawe dlaczego…Spektrum aktywności pracowni jest bardzo szerokie: projektowanie wnętrz, mebli, lamp, innowacyjnego sprzętu audio… Czy praca na tak wielu frontach jest najbardziej owocna?Zazwyczaj drobne iskierki inspiracji powodują ogromną lawinę działań. Potrzeba stworzenia pojedynczego elementu pobudza do bardzo szerokiej aktywności. Planując przestrzeń nie da się uciec od projektowania tego, co w szczególe wypełnia wnętrze. W całym ciągu zdarzeń nic nas nie może zatrzymać, a już na pewno brak czegoś na świecie. Jak czegoś nie ma i jest potrzebne, trzeba to zrobić. I my to robimy.Czy ten „asortyment” osiągnął już apogeum? Czym jeszcze nas pan zaskoczy?Z pewnością nie czuję się ostatecznie zdefiniowany! Mam ochotę i potrzebę ciągłego rozwijania się i tworzenia nowych rzeczy, a życie jest tak nieprzewidywalne… Nie potrafię powiedzieć, czym zaskoczę, bo będzie to z pewnością niezwykłe również dla mnie. No bo po co się ograniczać? Ostatnio designerami zostali projektanci mody, aktorzy, modelki czy muzycy jak Lenny Kravitz i Brad Pit. Nie wiem – może zostanę gwiazdą rocka albo wybitnym chirurgiem. Albo modelką.W ostatnim czasie jest pan bardzo zapracowany – mam na myśli działalność poza granicami kraju. Proszę opowiedzieć o tym projekcie.Poza naszymi zagranicznymi projektami realizujemy również przedsięwzięcia bardziej konceptualne. Wspólnie z Willem Alsopem, jednym z pięciu najważniejszych architektów w Wielkiej Brytanii, stworzyliśmy w Wiedniu wystawę „Między sztuką a designem". Dotyczy ona przekraczania granic między designem, architekturą i sztuką w ogóle. Pokazaliśmy, jak nieprecyzyjne i trudne są definicje wyznaczane przez samych twórców. To bardzo aktualny temat, zwłaszcza w kontekście działań współczesnych projektantów. Wiele limitowanych serii produktów, mających miano przedmiotów użytkowych, traktowanych jest jako przedmioty artystyczne albo paraartystyczne, i wystawiane są w domach aukcyjnych. W środowisku designerów, projektantów, twórców i artystów naturalnie powstaje więc wiele pytań: czym tak na prawdę są design, sztuka, architektura? czy jakiekolwiek podziały, poza semantyką mają sens? czy twórca-designer może swobodnie działać pomiędzy różnymi sferami aktywności utrzymując konsekwencję predefiniowanej funkcji? na ile designer stający się artystą, jest nadal stąpającym po ziemi pragmatykiem, którego działalność czemuś służy? i czy musi? a może design to nowy język sztuki lub – jak mówi Rashid – język nowej demokracji? Co dokładnie pan zaprezentował?Zaprojektowałem stół, który stał się przyrządem do tworzenia obiektów artystycznych. W procesie jego konstruowania zawarłem dwa równoległe koncepty myślenia o produkcie. Z jednej strony odwróciłem proces cywilizacyjny, czyli z produktu, który został w całości zaprojektowany komputerowo, w rzemieślniczy, ręczny sposób wykonaliśmy prototyp. Na powierzchni blatu został wykonany drzeworyt, z którego powstały wielkie, ponad dwumetrowe odbitki. Po wykonaniu sześciu odbitek blat został zalany żywicą i rola tego przedmiotu jako matrycy została zakończona – stał się ponownie meblem. Z drugiej strony stół może być tylko stołem, grafiki również mogą funkcjonować jako samodzielne dzieło. Istnienie jednych i drugich w kontekście zmienia ich znaczenia. Ich wspólna obecność zatraca czystą granicę skutku i przyczyny, narzędzia i dzieła, początku i końca procesu. Z mojego punktu widzenia to bardzo wielowymiarowe i nie udzielające jednoznacznej odpowiedzi, otwarte pytanie.Co nowego na rynku światowym? Dostrzega pan jakieś ciekawe tendencje?Szczególnie wyraźna jest dziś reakcja na tzw. kryzys, która przejawia się w powrocie do najważniejszych wartości w projektowaniu. Autorefleksja pozwalająca na zastanowienie się nad sensem wytwarzania rzeczy i ich częstej wymiany. Pojawiają się głosy, aby ponownie nadać produktom wysoką jakość, która została zagubiona przez masową produkcję. Projektanci i odbiorcy zaczynają dostrzegać potrzebę wykonania czegoś, co będzie może droższe, ale bardziej uniwersalne estetycznie, sprawnie funkcjonujące w dłuższej perspektywie użytkowej i ekologicznej. Jestem zwolennikiem tej idei. Nie znoszę śmieciowych produktów. Lubię jakość i sens. Co z wizerunkiem designu polskiego na arenie międzynarodowej? Od dawna prowadzone są próby promocji naszego kraju, ale jak na razie chyba niewiele się w tym temacie zmieniło…Żeby design promować, trzeba go mieć. Nie można mówić o jakimkolwiek wizerunku naszego kraju, jeżeli jesteśmy promilem światowej aktywności w dziedzinie innowacji. Jesteśmy w tym zakresie bardzo uwstecznieni. Sama świadomość designu i jego promocja nie wydają się u nas potrzebne, głównie wśród tych, którzy powinni go wdrażać. Śmieszą mnie nadęte pozy ludzi z publicznej administracji, którzy zajmują się promocją designu pokazując wyłuskane z trudem, nieliczne ciekawe dyplomy i w kółko te same obiekty. Na tle Europy, świata, niewiele znaczymy, jesteśmy maleńkim punkcikiem, który zawstydza wobec skali naszego kraju. Jednak nie potępiam prób zaistnienia, jakie mają miejsce. Pojawiła się jakaś aktywność w kierunku promocji, natomiast jej siła i jakość są zdecydowanie przecenione. Jest ogromna praca do wykonania wewnątrz kraju. Trzeba mieć sporo uporu i odwagi, żeby wdrażać i promować nowoczesny design. Z uwagą przyglądam się wydarzeniom w Łodzi. Jesteśmy krajem cztery razy większym niż Szwecja, a czy ktoś nie słyszał o szwedzkim designie? Albo o duńskim lub holenderskim? Zacząć trzeba od tego, że design musi być wdrażany w naszą codzienność, inaczej jest nikogo nie obchodzącą okołoartystyczną działalnością dziwaków.Stara się pan edukować poprzez swoje projekty? Pokazywać, że można inaczej?Robiłem to przez całe swoje zawodowe życie, ale nie chcę mi się już nikogo pouczać, oddzielam ziarna od plew i pracuję dla tych i z tymi, którzy chcą i próbują coś robić, którzy potrzebują jakichś zmian.Projektowanie to całe pana życie?I tak i nie – mam ośmiomiesięcznego syna i w tej chwili on jest dla mnie najważniejszy. Ale oczywiście zawodowo design jest sensem mojego działania. To działalność stwórcza, prawie boska, to wciąga. Bóg był designerem i całkiem dużo zrobił.Niezwykłe portfolio, liczne wyróżnienia, osiągnięcia w kraju i za granicą, a przede wszystkim zaufanie społeczne – to wszystko udało się już panu osiągnąć, więc czego jeszcze mogę życzyć?Bez żartów, ta drabina nie jest taka krótka. Życzę sobie, aby nasze ambicje trafiały na możliwości, marzenia mogły się spełniać, a nawet nietuzinkowe plany miały szansę realizacji. Żeby świat nam sprzyjał! W takim razie tego życzę!Robert Majkut – designer i kreator miejsc, związany ze sztuką jako grafik, artysta malarz i instalator. Studiował architekturę w Szczecinie i rysunek na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, absolwent Wydziału Kulturoznawstwa na UAM w Poznaniu. Designem zajmuje się od ponad 20 lat, od 1996 roku prowadzi autorskie studio projektowe Robert Majkut Design.
Komentarze
04.02.2010, 23:35etiopski przedskoczek
jak to mawiał moj wielce szanowany dr A.na pierwszym wykladzie: "Architekci to najbardziej zakompleksiona grupa zawodowa, czym?.....kompleksem wielkości"
jak czytam kolejny wywiad z megadizajnerem, to mam wrażenie ze Ci ludzie jednak rozbili sie w życiu o przerost formy i do tej pory szukają treści....pozdrawiam
Dodaj komentarz